Instytut Pamięci Narodowej - Rzeszów

https://rzeszow.ipn.gov.pl/pl8/aktualnosci/169165,Boj-1-Dywizji-Pancernej-gen-Stanislawa-Maczka-o-wzgorza-Mont-Ormel-Maczuga.html
10.03.2026, 04:51

Bój 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka o wzgórza Mont Ormel (Maczuga)

19.08.2022

78 lat temu – w sierpniu 1944 r, w kulminacyjnym momencie bitwy w Normandii, miał miejsce jeden z najbardziej chwalebnych momentów w dziejach oręża polskiego. 18 sierpnia 1944 r. gen. Maczek wysłał 1 Pułk Pancerny i batalion podhalański pod dowództwem ppłk. Stefanowicza na wzgórza Mont Ormel. Były to dwa wzniesienia o wysokości 262 m npm, które, z racji kształtu poziomic na mapie, gen. Maczek nazwał Maczugą. Jak tłumaczył to francuski historyk Eddie Florentine – specjalista od bitwy Normandzkiej – „[…] gen. Maczek miał wstręt do współrzędnych, a wymyślony przez niego „kod’ oficerowie powinni natychmiast zrozumieć”. Nazwa ta potem przyjęła się w literaturze tak polskiej, jak i zagranicznej. Wzgórza te były istotne dlatego, że pomiędzy nimi biegła szosa z Chambois do Vimoutiers, która była jedną z głównych dróg odwrotu wojsk niemieckiej Grupy Armii B z kotła pod Falaise.

Zgrupowanie ppłk. Stefanowicza 19 sierpnia weszło przez Champeaux na Maczugę, z której mogło ostrzeliwać drogi odwrotu Niemców. Czołgi 1 Pułku Pancernego natychmiast rozpoczęły istną rzeź strzelając do zaskoczonych niemieckich kolumn z bliskiej odległości. Od tego momentu z górujących nad okolicznymi drogami wzgórz Maczugi Polacy dosłownie masakrowali niemieckie oddziały. Do walki włączyła się też kanadyjska artyleria ciężka naprowadzana ze wzgórza przez kpt. Piotra Sovigny, kanadyjskiego obserwatora artyleryjskiego przy mjr. Stefanowiczu (a w latach 60-tych ministra wojny Kanady). Opisał on efekt ostrzału skierowanego na skrzyżowanie w rejonie Thurn: „Co za masakra! Celowniczowie robią dobra robotę. Widzę wiele palących się pojazdów. Przerażone konie nie mogą się uwolnić od zaprzęgów, ludzie próbują uciekać… na próżno. Wkrótce dosięga ich pocisk i widzę, jak kawałki ciął wyautują w powietrze. Inny pocisk znosi wieże czołu. Sąsiedni czołg staje w ogniu. Nasze karabiny maszynowe uzupełniają rzęż. Dziesięć minut później wszystko na drodze staje w płomieniach. W pojazdach wybucha amunicja zabijając załogę”.

Wszystkie drogi z doliny Dives z Saint-Lambert-sur-Dives, jak i brodu w Moissy prowadziły w górę przez wzgórza Mont Ormel. Oznaczało to, że kiedy nieprzyjacielskie oddziały przecisnęły się przez wąskie gardło w okolicy rzeki Dives i uciekły w wiejskie okolice, natrafiały na polskie oddziały stojące na dogodnych do ostrzału wzgórzach. Aby wyrwać się z pułapki Niemcy musieli przejść przez polskie pozycje lub ruszyć drogą pod morderczym ostrzałem z obu stron. Innymi słowy główna droga z Chambois do Vimouters została dla Niemców właściwie odcięta. Opanowanie wzgórz Mont Ormel stało się teraz dla Niemców kluczowym celem. Tymczasem w nocy z 19 na 20 sierpnia pozycja na Mont Ormel została wzmocniona przez zgrupowanie płk. Kosztuskiego, w składzie 2 batalion pancerny oraz 8 i 9 batalion strzelców. Łącznie na Mont Ormel znalazło się polskich 80 czołgów oraz ok. 1500 żołnierzy piechoty. Oddziały kanadyjskie i amerykańskie, które miały dotrzeć do Polaków 20 sierpnia, zostały zatrzymane. Żołnierze polscy na wzgórzu zdali sobie sprawę, że zostali otoczeni. Przeciwko sobie Polacy mieli siły dwóch armii, w tym jednej pancernej. Co prawda siły niemieckie były mocno przetrzebione i wyczerpane, mimo to nadal były groźne. Należy pamiętać, że w kotle zamknięte zostały były elementy najlepszych niemieckich dywizji pancernych, w tym 9, 21, 116, 2 SS, 9 SS, 10 SS, 12 SS. Do tego dywizje piechoty, spadochronowe oraz grenadierów pancernych SS. Na zewnątrz „kotła” walczyły też 1 SS i 2 SS oraz PzLehr. Mimo, że większość żołnierzy wroga była zainteresowana raczej wydostaniem się z kotła, niż walką, to jednak niektóre jednostki niemieckie nadal zachowywały dyscyplinę i były gotowe siłą przebijać się na zachód. Nocą niemieckie grupy próbowały obchodzić polskie pozycje pod osłoną ciemności.

Płk. Hans von Luck z 21 DPanc., w Normandii dowódca Kampfgruppe von Luck, opisywał widok jaki miał na „kocioł” ze swojej pozycji obronnej: „Otrzymałem rozkaz, by z moją grupą bojową utworzyć zaporę obronną frontem na zachód, aby zapobiec posuwaniu się dywizji polskiej i kanadyjskiej. Ze wzgórz na zachód od Vimoutiers […]  miałem szeroki widok na wielką dolinę. Nieprzyjacielskie samoloty bez przerwy uwijały się nad nią, atakując wszystko, co się ruszało. Mogłem widzieć grzybiaste eksplozje bomb, płonące pojazdy oraz rannych, których zabierały uciekające pojazdy. Sceny, jakie rozgrywały się w kotle, były nie do opisania, a my nie mogliśmy w żaden sposób pomóc”. Płk von Luck przytoczył też w swoich wspomnieniach relacje podległych mu żołnierzy, którzy wyrwali się z kotła. Jeden z nich, kpr. Korfluer, dowódca jednego z ostatnich ocalałych czołgów Panzer IV, opisywał: „19 sierpnia nadszedł rozkaz „każdy ratuje się samodzielnie”. Wraz z innym Panzer IV wyruszyliśmy w drogę na wschód. Na widok nagich, na pół spalonych ciał czołgistów obiecaliśmy sobie, że nie damy się wykończyć w kotle. Była to piekielna wycieczka. Mijając kolumnę wozów konnych, ugrzęźliśmy tak, że musieliśmy porzucić czołgi. Dalej szliśmy piechotą. Nocą prześliznęliśmy się koło żołnierzy nieprzyjaciela. Niektórzy patrzyli na nas z niedowierzaniem”.

Inny niemiecki żołnierz, por. Hollerz, zapamiętał: „Odebraliśmy rozkaz porzucenia naszych pozycji nocą z 19 na 20 sierpnia i przebijania się w kierunku Trun. Wciąż znajdowała się tam luka szerokości pięciu kilometrów, w której wykryto tylko kilka nieprzyjacielskich patroli. Dla naszej wyczerpanej walkami jednostki ten nocny odwrót wymagał niemal nadludzkiego wysiłku. Im bliżej byliśmy miejsca przełamania, tym straszniejsze sceny rozgrywały się przed naszymi oczami. Drogi były zablokowane przez dwa lub trzy trafione i wypalone pojazdy stojące obok siebie. Amunicja wybuchała, czołgi płonęły, a leżące konie walczyły, aż wreszcie zdołały się uwolnić [z uprzęży – MS]. Na polach dookoła panował taki sam chaos. Nieprzyjacielska artyleria ostrzeliwała ten bałagan ze wszystkich stron. Wszystko parło na wschód”.

Wielu żołnierzy niemieckich poddawało się oddziałom na wzgórzu Mont Ormel bez walki, wśród nich było wielu rannych. Niestety polski sprzęt medyczny został zniszczony, a lekarz poległ.

Jednak zdesperowane oddziały niemieckie, szczególnie z jednostek Waffen SS, dążyły do wyrwania się z kotła za wszelką cenę. Równocześnie II Korpus Pancerny SS otrzymał zadanie przebić się do kotła od zachodu i otworzyć drogę. Problemy z zaopatrzeniem spowodowały, że atak II Korpusu Pancernego SS na wzgórze rozpoczął się dopiero 20 sierpnia po godzinie 10.00. Do szturmu ruszyły dwie dywizje pancerne – 9 SS „Hohenstaufen” i 2 SS „Das Reich”– rzucając do walki swoje ostatnie 40 czołgów. 9 Dywizja Pancerna SS skierowała się na Thurn, aby tam odeprzeć Kanadyjczyków, a 2 Dywizja Pancerna SS uderzyła na Polaków na Mont Ormel. Bezpośredni szturm na wzgórze wykonał niemiecki pułk grenadierów SS „Der Führer” z 2 DPanc SS. Głównym punktem polskiego oporu była ufortyfikowana posiadłość Boisjois na skraju Mont Ormel. Kpt. Sovignay nakierował ogień artylerii na nacierające niemieckie oddziały. Jak wspominał Niemcy: „idą na nas śpiewając »Deutschland über alles«. Nie wierzę swoim oczom. Pozwoliliśmy im podejść na 50 kroków, po czym kosimy ich szeregi. Ale następne fale idą za nimi... Piąta fala nadchodzi”, jak dalej pisze Florentine: „Wśród rannych Niemców – trzynastoletnie dziecko. Między jeńcami niemieckimi... Polacy! Zapytują ich, czy chcą się do nas przyłączyć. Jeśli się zgadzają, daje im się mundury i broń zabitych, cenny dodatek”.

W zażartych boju Polacy nie dali się wypchnąć SS-manom z zajmowanych pozycji, które niekiedy przechodziły wielokrotnie z rąk do rąk. Po kilku próbach niemiecki atak załamał się, a na SS-manów spadło potężne kontruderzenie. Niemcom powiodło się jednak w rejonie Champosoult, gdzie otworzyli na krótko korytarz ewakuacyjny.

Wieczorem 20 sierpnia gen. Eugen Meindl zorganizował kolumnę wiozącą lekko rannych, oznaczoną chorągiewkami czerwonego krzyża. Kolumna ruszyła i przez kwadrans poruszała się drogą wprost pod lufami polskich czołgów i artylerii. Jak potem wspominał niemiecki dowódca „Ani jeden pocisk nie padł na moją kolumnę i musze szczerze się przyznać do wdzięczności wobec nieprzyjaciela za jego rycerską postawę”.

Przez kolejne godziny Polacy na Maczudze odpierali zażarte kontrataki niemieckie. Wzgórza zostały otoczone, a wróg atakował z każdej strony. Front przestał istnieć, a polscy obrońcy zostali dosłownie zalani falami niemieckiego wojska. Jak to ujęto w sporządzonym już po bitwie kanadyjskim raporcie, na Polaków „spadły z niezrównaną zaciekłością zielono-szare hordy, chcące utrzymać drogę otwartą”. Będący wewnątrz kotła dowódcy wyższego szczebla, jak dowódca II Korpusu Spadochronowego gen. Eugen Meindl, czy dowódca 7 Armii generał pułkownik Waffen-SS Paul Hausser, osobiście organizowali imprezowanie grup bojowe z zebranej ad hoc piechoty i wszelkich dostępnych pojazdów bojowych i kierowali je do ataków na wzgórze. W czasie jednego z ataków płk Hausser został ranny w szczeknę odłamkiem. Niemiecką łączność i koordynację wojsk zobrazował we fragmencie swojej książki Eddy Florentin: „Doprawdy mało znaczyło w tym dniu [19 sierpnia – MS] całkowite zniszczenie środków łączności: korpusy, dywizje i pułki przekazywały sobie ustnie rozkazy wyższych szczebli z jednego ogrodu do drugiego”. W praktyce jednak 20 sierpnia dowódcy niemieccy mieli już niewielkie możliwości oddziaływania na masy uciekających z kotła żołnierzy.

Rankiem 21 sierpnia pozycja w Boisjois została zaatakowana przez kilka czołgów „Pantera” wspartych przez grenadierów pancernych. Także ten atak został odparty, lecz po nim nadeszły kolejne. W pewnym momencie sytuacja stała się krytyczna. Polskim żołnierzom zaczęło brakować amunicji, paliwa, żywności i zaopatrzenia. Dwie polskie kolumny zaopatrzeniowe zmierzające w kierunku wzgórz Mont Ormel zostały rozbite. Straty w oddziałach sięgały 30 %. Rannych nie można było ewakuować. „Jeden z Polaków został trafiony w szczeknę” – wspominał kpt. Savigny – „Szczęka nieszczęśnika obwisa swobodnie, jakby wisiała na sznurku. Widzę jak Polka odbezpiecza granat i rozrywa się nim. Wolał raczej umrzeć, niż być okaleczonym na całe życie”.

Niemcy byli zdesperowani, aby, parafrazując słowa Montgomerego, odkorkować zakorkowaną przez Polaków butelkę. Aby wspomóc oddziały polskie lotnictwo USA, mimo niesprzyjającej pogody, dokonało zrzutów zaopatrzenia. Część zasobników spadła jednak na oddalone pozycje kanadyjskie.

Sytuacja Niemców była jednak również nie do pozazdroszczenia. Niemiecki por. Hollerz wspominał: „Musieliśmy przejść przez St. Lambert. Utworzono tam niewielki sztab operacyjny. Pantery i Tygrysy z dywizji SS szły na czele. Przedzieraliśmy się przez wioskę, nie zważając na ciągły ostrzał artylerii i dział przeciwpancernych. Trafione czołgi i pojazdy spychano na bok. Na poboczach leżało wielu zabitych i rannych z poprzednich prób przebicia się. Na ile pozwalało miejsce, zabieraliśmy rannych lub przynajmniej zadbaliśmy o ich potrzeby. Wyskoczyliśmy z transporterów, by osłonić czołgi SS zatrzymane przez liczne nieprzyjacielskie działa przeciwpancerne. Dwóch generałów, których dywizje piechoty zostały zniszczone, tylko pokręciło głowami, widząc naszą desperacką próbę przedarcia się. Maszerowali razem z nami. W nocy zatrzymaliśmy się na krótko, by dać ludziom odpocząć i zatroszczyć się o rannych. Na skutek żywiołowego natarcia czołgów SS nieprzyjaciel poniósł tak duże straty, że nie zdołał zamknąć kotła nawet następnego dnia, 21 sierpnia. Podczas gdy czołgi utrzymywały wyłom, kolejne grupy, niektóre bardzo małe, przechodziły przezeń na wschód. Wyruszyliśmy, orientując się według kompasu. Po raz kolejny udało nam się uciec z piekła”.

Mimo, że Niemcy przenikali przez polskie pozycje, bardzo wielu oddawało się do niewoli. Na Maczudze Polacy przebywało znacznie więcej jeńców, niż było tam polskich żołnierzy. Niemieckie pociski moździerzowe rozrywały się także pośród zgromadzonych jeńców, zabijając wielu i zmuszając ich do szukania schronienia. Na odcinku 2 Pułku Pancernego niemiecka kolumna, maszerująca w kierunku Polaków z białymi flagami, została celowo ostrzelana przez niemieckie czołgi. Niektórzy jeńcy liczyli na porażkę polskich oddziałów, inni rozważali bunt. Jak pisał Florentine: „Esesmani, jeńcy 8 batalionu strzelców, są bezczelni, groźni, pewni, że wezmą górę, ale drżą, gdy pociski ich towarzyszy broni sieją wśród nich spustoszenie”. Do niewoli na wzgórzach Mont Ormel trafiło ponad tysiąc żołnierzy, w tym nowo mianowany dowódca zniszczonego w kotle LXXXIV Korpusu gen. Otto Elfeldt, których potem oddano amerykanom.

Polski korespondent wojenny Ryszard Kiersnowski w poniedziałek 21 sierpnia 1944 r. donosił: „Resztki otoczonych dywizji niemieckich czynią rozpaczliwe wysiłki, celem wydostania się z matni. Niemcy walczą desperacko, bez oglądania się na straty. Na odcinkach polskich wielokrotnie dochodziło do walki wręcz”. Dopiero późnym popołudniem Niemcy zaprzestali szturmów na Mont Ormel. Tego też dnia do wyczerpanych oddziałów polskich dotarli Kanadyjczycy z 4 Dywizji Pancernej. Polacy na wzgórzu stracili 11 czołgów. 16 oficerów i 335 podoficerów i żołnierzy było zabitych lub rannych. Żołnierze kanadyjskiego 22 pułku pancernego, którzy dotarli na wzgórze zobaczyli, jak to zapisali w dzienniku bojowym, obraz: „najdzikszy ze wszystkich napotkanych dotąd przez pułk. Polacy nie dostawali zaopatrzenia od trzech dni. Mieli wiele setek rannych, którzy nie mogli być ewakuowani. Trzymali 700 jeńców niedbale pozostawionych bez straży w szczerym polu; droga była zatłoczona spalonymi pojazdami zarówno naszymi, jak i nieprzyjacielskimi. Wszędzie trupy jeszcze nie pochowane, kawałki trupów...”.

Nie sposób ocenić zadanych przez Polaków strat, ale przypuszcza się, że „korkując” kocioł Falaise Polacy mogli zniszczyć nawet 70 czołgów, 900 innych pojazdów i ponad 100 dział.

Zaszczytna rola, jaką odegrała pod Falaise 1 Dywizja Pancerna była poważanym wkładem w zwycięstwo aliantów na zachodzie, a także bezwzględną zemstą się za wrzesień 1939 r. oraz za niemieckie zbrodnie popełnione w Polsce i w walczącej Warszawie. Tak też widział to gen. Maczek, który w rozmowie z korespondentem „Reutera” powiedział: „Proszę mi wybaczyć, jeśli powiem, że my mamy znacznie więcej przyczyn do spotkania się z, wrogiem aniżeli nasi Sprzymierzeńcy. Polska, w jej godzinie klęski, została stratowana w sposób trudny do określenia, przez wroga, który jest zupełnie zdegenerowany. Dziś nam – nowoczesnej husarii w Polsce odrodzonej, przypadło w udziale pomszczenie tej hańby. Oczy naszych żołnierzy błyszczą zemstą, gdy walczą z nieprzyjacielem. Polacy są dobrymi żołnierzami pancernymi. W bitwie łączą odwagę ze zmysłem taktycznym, co w połączeniu daje potężne uderzenie stalowej pięści. Współdziałających z rakietowymi Typhoonami i pędzących naprzód żołnierzy moich powstrzymać może tylko najcięższy ogień, artylerii przeciwpancernej. Gdy patrzyłem na atak polskiej dywizji pancernej, nacierającej na trudne i dobrze bronione stanowiska niemieckie, stanął mi w oczach obraz dawnych polskich chorągwi pancernych, które siały trwogę wśród napastników w całej Europie w XVI wieku. Kawalerię tę nazywano husarią, jeźdźcy byli opancerzeni i wyposażeni w długie kopie. Taka husaria pośpieszyła na ratunek Wiednia. Otrzymawszy wezwanie o orężną pomoc od papieża, król Jan III wyruszył ze swą husarią do Wiednia i zgrupował ją w południowej części. Tam w krwawej bitwie husaria pokonała barbarzyńców, dając dowód czego może dokonać pancerz i odwaga. Dzisiaj znowu synowie Polski pokazują jakich czynów można dokonać dysponując pancerzem oraz mając odwagę”.

Gratulacje dla Polaków przesłał również dowódca 1 Armii kanadyjskiej gen. Crerar, podkreślając wkład polskiej dywizji w zwycięstwo pod Falaise.

Jednak walki polskiej dywizji to także coś więcej niż wojenna chwała czy zemsta. To także wolność niesiona dla Francji, okupiona krwią ludzi, których ojczyzna nadal była w niewoli. Walczących zaciekle na obcej ziemi, gdy własna stolica była obracana w ruinę przy biernej postawie świata. Jednak mimo tej świadomości nie sposób było nie radować się widokiem wyzwalanych z niewoli Francuzów.

O tym, jak witano Polaków pisał korespondent wojenny Ryszard Kiersnowski w czwartek 17 sierpnia: „Siedzę w malutkim miasteczku francuskim, które wczoraj zostało zdobyte przez Polaków. Jest to pierwsze miasteczko mniej zniszczone od innych, co najważniejsza – są w nim ludzie, Niemcy nie zdążyli już wyewakuować ludności. Ulicami pędzą cariersy, samochody, motocykle, od czasu do czasu dudni czołg. To nasza Dywizja posuwa się naprzód. […] Wzruszający jest widok ludności francuskiej, która tłumnie wyległa na ulice. Wszędzie powiewają flagi, wszędzie uśmiechnięte twarze. Słowo „Polonais” jest na ustach wszystkich. Z południa nadciągają całe karawany Francuzów. To wysiedlona przez Niemców ludność, która, powraca dziś wraz z dobytkiem, wiezionym przeważnie na dwukołowych wózkach – do domów. Wracają z okolic Caen, do wsi i osiedli które już nie istnieją, ale mimo to rozradowani. Nic tak nie cieszy, jak powrót do domu, chociażby dom ten leżał w gruzach”.

Szczególnie chwytający za serce dla Polaków musiał być widok małych dzieci, takich jak te, pozostawione przez wielu żołnierzy w Polsce. „Cóż powiedzieć o tabliczce czekolady? Każde dziecko wieśniaka dostało po kawałeczku” – pisał Kiersnowski – „Szczególnie wzruszył mnie mały, czteroletni chłopczyk, który jeszcze nigdy w swoim krótkim życiu nie jadł czekolady, wdrapał się na moje kolana i jedząc czekoladę po chwili zasnął beztrosko, mimo otaczającego nas gwaru. Postanowiliśmy solennie nie jeść więcej czekolady, którą otrzymujemy w naszych racjach. Trudno opanować swoje uczucia, trudno patrzeć spokojnie na ten mały, budzący się do życia, skrawek wolnej Francji. Z leśnych kryjówek, z piwnic, z gruzów domów – wyszła na nasze spotkanie – niepomna doznanych krzywd, nędzy i głodu – Wolna Francja. Radość Francuzów była i jest naszą radością. Czarni od brudu, niewyspani nasi żołnierze – wyskakiwali choć na chwilę tylko z samochodów, aby wcisnąć do ręki dziecka cukierek, aby nacieszyć oczy uśmiechami. Najgłośniejszy nawet huk motorów nie zagłuszył okrzyków „Vive la Pologne”. Tak wyglądał dzień, w którym przynieśliśmy wolność Francuzom”. Takich dni jak ten niebawem miało nadejść znacznie więcej.

Tekst: dr Mirosław Surdej Oddziałowe Biuro Badań Historycznych IPN Rzeszów